Nic nie musisz

Poniższy tekst powstał za zasługą mojego tymczasowego spadku motywacji do pisania. Ponieważ tymczasowość się przeciągąła, stwierdziłem, że nadszedł moment, aby coś z tym zrobić. Zdecydowałem się na mały eksperyment, w którym przetestowałem metodę znaną z facebookowego i LinkedInowego newsfeeda.

Efekty i wnioski były na tyle zaskakujące, że stały się kamieniem węgielnym tego artykułu. I choć tytuł może wydawać się dość prowokacyjny, pokażę później, że ma więcej wspólnego z rzeczywistością niż mogłoby się wydawać

Jak wyglądał mój spadek motywacji?

W dużym skrócie – nie miałem ochoty pisać. Nie byłby to problem, gdyby nie to, że zaplanowałem stworzenie cyklu tekstów o – o ironio! – motywacji. Z powodu tych planów czułem, że muszę pisać, co dodatkowo nakręcało spiralę zniechęcenia. Zdecydowałem się poszukać rozwiązania.

Zależało mi na tym, aby wrócić do pisania. Lub przynajmniej przestać odczuwać ograniczający kreatywność przymus. Rozwiązanie znalazłem, czego dowodem jest ten tekst. Przy okazji również przypomniałem sobie, dlaczego przymus tak bardzo nam przeszkadza.

Dlaczego nie lubimy musieć?

PPoczucie, że coś musimy bywa irytujące. Praktycznie nikt nie lubi być do niczego zmuszany, chyba że jest fanem BDSM. A nawet i wtedy czerpie z tego przyjemność tylko w określonych warunkach i z określonymi partnerami. Dla większości z nas poczucie przymusu jest jak łyżka soli w ulubionej kawie. Nawet niezwykle przyjemne czynności – wakacje, czas spędzany z bliskimi czy seks mogą zostać zakłócone przez głośną nutę powinności. Jednym z koronnych przykładów jest Sylwester.

Nie znam wielu osób, dla których impreza sylwestrowa łapałaby się w czołówce najlepszych wieczorów życia. Sam też zwykle bawię się co najwyżej dobrzeo wiele gorzej niż na typowych weekendowych wypadach. I choć nie znam fanów sylwestrowych imprez, znam cał- kiem sporo takich, które nie lubią związanej z nią presji na zabawę. Przeszkadza im poczucie, że muszą. Podobnie bywa z wakacjami.

Pewnie każdy się zgodzi, że odpoczywanie w tropikach to całkiem niezły sposób spędzania wolnego czasu. Wyobraź sobie jednak, że ktoś Ci mówi „Musisz pływać w basenie i się opalać”. Prawdopodobnie przez parę godzin czy dni – w zależności od tego kiedy ostatnio brałeś urlop – byłoby to przyjemne. Z czasem jednak zacząłbyś czuć, że to ograniczenie wolności przeszkadza Ci w sposób przypominający przedszkolne leżakowanie. Dlaczego?

Za to odczucie odpowiedzialne jest zjawisko zwane reaktancją. Opisałem je obszernie w tekście „Dlaczego zakazany owoc tak dobrze smakuje?”Mówiąc krótko, reaktancja polega na tym, że gdy czujemy, że nasza wolność jest ograniczana, mamy tendencje do działania przeciw temu co ją ogranicza. Często przeradza się to w dobrze znane „Nie założę czapki i na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

Oczywiście różnimy się między sobą w zakresie progu, który uznajemy za naruszenie naszej wolności.

Poczucie przymusu często potęguje znudzenie i zniechęcenie, które mogą przybrać dramatyczne formy :)

Dla jednych do ataku na autonomię wystarczy sugestia, że coś mogliby zrobić inaczej. Inni z kolei muszą usłyszeć autorytatywnie wydane polecenie w pracy. Niezależnie od naszego wyczulenia na wpływ innych, poczucie, że nasze działania wynikają z autonomicznych decyzji jest związane z naszym komfortem.

Lubimy czuć, że jesteśmy sami sobie sterem i okrętem. Jak jednak poradzić sobie z tym, że czasami naprawdę coś musimy?

To tylko trick

Jednym z popularniejszych tricków w świecie rozwoju osobistego jest zamiana słów. Facebook roi się od obrazków, które sugerują, że gdy zamienisz słowo „muszę” na „chcę”, Twoje życie ulegnie zmianie. I choć, jakby to powiedział Gep Gambardella, to jest tylko trick, taka sztuczka często przynosi całkiem niezłe rezultaty. A wraz z nimi sporo kontrowersji. Najpierw trochę o kontrowersjach.

Zamieszanie wynika z tego, że wiele osób nie chce stosować opisanej metody. Dlatego że zwyczajnie nie lubi się okłamywać. A jak nie czuć wewnętrznej sprzeczności, gdy mam sobie powiedzieć „Chcę wstać o 6 rano do pracy”? Sam należę do osób, które wręcz nienawidzą intencjonalnego samooszukiwania. Zdecydowałem jednak, że skoro nadarzyła się okazja związana z moim spadkiem motywacji, sprawdzę ten trick.

Eksperyment się rozpoczął. Usiadłem wygodnie na krześle i zaczą- łem myśleć „Chcę pisać tekst”. Nie było łatwo oswoić się z tą myślą, jednak po paru minutach w końcu się udało. I wtedy stwierdziłem, że… gów** prawda.

Byłem absolutnie pewien, że wcale nie chcę teraz pisać żadnego tekstu, że mam zupełnie inne priorytety. Niewiele my- śląc skupiłem się na nich i wciąż moje pisanie leżało odłogiem. I w ten mało spektakularny sposób zakończył się mój eksperyment. Czy to oznacza, że ten trick jest bezsensowny? Nie do końca.

Do czego służy trick z „muszę” i chcę”?

Opisane doświadczenie pokazało mi przewrotną naturę stosowania tricków. Jestem zwolennikiem realnych, długoterminowych rozwiązań problemów, stąd byłem do nich dość uprzedzony

Jednak zrozumiałem, że rzeczywiście są sytuacje, w których sztuczki mają zastosowanie. Na przykład, gdy zapominamy, że w ogóle mamy wybór, tak jak ja z moim pisaniem. Dzięki prostej zamianie słów sprawdziłem czy rzeczywiście chcę pisać. Szybko zorientowałem się, że nie.

Dzięki temu przestałem o tym myśleć i zająłem się czymś innym. Choć trick nie przysporzył mi wielkiej motywacji do pisania tekstu, pomógł mi pozbyć się nieprzyjemnego poczucia przymusu. Czyli jeden z celów, o których wspominałem na początku, został osiągnięty.

Nie zacząłem jednak pisać, więc drążyłem temat dalej. Zastanowiłem się jaka była przyczyna mojej niewielkiej motywacji. Powód okazał się być prosty – oczekiwana przeze mnie nagroda, czyli satysfakcja z napisanego cyklu, była niewystarczająca. W tamtym momencie co innego miało dla mnie większe znaczenie. Nie do końca to sobie uświadamiałem, więc próbowałem na siłę zajmować się tekstem.

Mówiąc krótko – zrozumiałem że mam teraz inne priorytety i chcę odłożyć pisanie na później. Wciąż jednak nie pisałem. Czy da się więc ten trick stosować tak, żeby budził w nas motywację? Moim zdaniem tak. Tylko trzeba zrozumieć o co w nim chodzi.

Jak działa trick?

Ponieważ nie lubimy musieć, zamiana muszę na chcę ma nas uwolnić od poczucia przymusu oraz przenieść punkt ciężkości na naszą naturalną motywację. Motywacja oczywiście wiąże się z przewidywanymi nagrodami. Przykładowo: Jeżeli kładę się w niedzielny wieczór spać i myślę sobie „Muszę iść do pracy”, to nagrodą za pójście do pracy są pieniądze*.

W konsekwencji zaś jedzenie, standard życia, rozrywki i wiele innych. Karą za nie chodzenie do pracy będzie w takim razie obcięcie premii, nieprzyjemności, nadgodziny itd.

*I/lub rozwój, kontakty ze znajomymi z pracy, spełnienie ambicji itd.

Stoję więc przed wyborem:

1. Nie iść do pracy i ryzykować naganą/wyrzuceniem/wykorzystaniem urlopu na żądanie,

2. Spóźnić się do pracy i otrzymać od szefa upomnienie lub wiązankę ,

3. Iść do pracy i mieć spokój. Wobec takiego wyboru najprawdopodobniej zdecydujemy się „iść do pracy”.

Innymi słowy – spośród wszystkich możliwości, jakie mam w tym momencie – naprawdę chcę iść do pracy! Bez samooszukiwania. Aby z powodzeniem stosować ten trick, wystarczy zrozumieć, że tak naprawdę cały czas masz wybór.

Można dodatkowo zwiększyć motywację, myśląc o nagrodzie*. W tym wypadku o pieniądzach, które wpłyną na moje konto za to, że pójdę do pracy. A jeszcze lepiej – o czymś co sobie za nie kupię.

*lub ewentualnej karze

Oczywiście tego rodzaju decyzje nie podejmowane są racjonalnie, explicite, krok po kroku. Działa to automatycznie. Jednak gdy automat się zatnie, warto się temu przyjrzeć i go naprawić. Jaki z tego wniosek?

Pamiętajmy o nagrodach

Często w otoczeniu rutyny zapominamy o nagrodzie, która znajduje się na końcu drogi. Widzimy przed sobą tylko kolejne zadania i nie wychylamy się, aby zobaczyć co jest dalej. W takich momentach niektórzy zaczynają myśleć „Właściwie nie wiem po co to robię…”, „Czuję, że to nie ma sensu….”, „Straciłem dawny zapał…”. Towarzyszy temu poczucie bezsensownej powinności.

Czasem wynika to z realnej zmiany priorytetów czy systemu wartości. Miałem kiedyś klienta, który od kilkunastu lat czuł przymus do realizacji jednego celu. Po bliższych oględzinach okazało się, że ten cel już go w ogóle nie interesuje. A on tracił czas i energię na ustawiczne, codzienne myślenie na ten temat.

To był moment na refleksję i wybór nowych celów. Trzeba przy tym pamiętać, że trwała zmiana priorytetów nie jest specjalnie częsta, chyba że jesteśmy nastolatkiem przeżywającym okres dojrzewania. W wielu sytuacjach przyczyną spadku motywacji będzie tymczasowa zmiana priorytetów (jak w moim przypadku) lub najzwyklejsze w świecie zapominanie o celu i nagrodzie.

No tak, ale czy naprawdę tak łatwo zapomnieć o celu?

Tak.

Podejrzewam, że zdarzyło Ci się kiedyś wejść do pokoju w towarzystwie myśli z gatunku „Co to ja chciałem?”. Zastanawianie się „Po cholerę tutaj jestem?” jest próbką tego, co możemy czuć, gdy zapominamy o celu.

Nie musi to oznaczać od razu, że nam na nim nie zależy. Po prostu zboczyliśmy na chwilę z kursu. Cele długoterminowe ze względu na odległość nagrody są przy tym szczególnie narażone na naszą chwilową amnezję.

Dlatego ważne, aby wiedzieć jaki jest nasz cel. I o nim pamiętać. Nie bez kozery w modelu SMARTER ostatnim elementem wyznaczania celu jest zapisanie go, a najlepiej powieszenie w widocznym miejscu. Niektórzy wręcz przygotowują sobie zdjęcie czy obrazek symbolizujący ich cel.

Skupienie na nagrodzie i przygotowanie na ewentualne trudności pomaga utrzymać wysoką motywację

Skupienie na nagrodzie i przygotowanie na ewentualne trudności pomaga utrzymać wysoką motywację

 

Weźmy na warsztat prosty przykład, gdzie nagroda jest w zasięgu naszego wzroku. Jeżeli jestem bardzo głodny, to myślę o jedzeniu. Pojawiający się w wyobraźni kolaż ulubionych potraw silnie motywuje mnie do tego, aby jak najszybciej coś zjeść. Podobnie bywa z potrzebą wyjścia do toalety. Ponieważ są to mechanizmy biologiczne, priorytet, który nadajemy tym celom jest bardzo wysoki.

A sama metoda bardzo skuteczna – raczej niespecjalnie często zapominamy, że musimy wyjść do łazienki czy że jesteśmy głodni. Większość czytelników tego bloga wie, że przez ostatni rok regularnie medytowałem. Przeżywałem w trakcie wahania motywacji. Tym co mi pomagało było myślenie o celu, do którego ma mnie medytacja doprowadzić. Zwykle to wystarczało, bo widziałem medytację jako jeden z logicznych kroków do tego, co chcę osiągnąć.*

*Niektórzy, gdy usłyszą „Pamiętajmy o nagrodzie”, to zaczną rozpływać się nad wizją osiągniętego celu. Nie bez powodu napisałem „pamiętajmy” zamiast „ciągle myślmy”. Ważne, aby widzieć pewne logiczne kroki do naszych celów i je wykonywać, pamiętając przy tym o celu. Samo leżenie w łóżku i wyobra- żanie sobie glorii i chwały daleko nas nie zaprowadzi.

Jaki w ogóle jest cel?

Może być też tak, że wcale nie zapominamy, jaki był nasz cel. Po prostu w ogóle nie mamy pojęcia dlaczego coś musimy.

Jeżeli rodzice mówili Ci, że musisz się uczyć, to zwykle nie dopowiadali…, żebyś miał dobrą pracę, żył dostatnio i był szczęśliwy.

Jeżeli kiedykolwiek usłyszałeś od partnerki, że musisz się wziąć za siebie, to pewnie nie dodawała…, żebyś był dla mnie pociągającym mężczyzną.

Jeżeli szef Ci mówił, że musisz to zrobić na jutro, to pewnie nie wyjaśniał…, żeby projekt nam się nie wykoleił.

Łańcuch przyczynowo-skutkowy kończył się na „musisz”. Wynika to z czysto praktycznych względów – nie zawsze mamy czas, żeby wszystko dopowiadać i wyjaśniać. Poza tym wydaje nam się, że inni domyślają się o co nam chodzi. Dlatego warto o ten cel zapytać lub samemu zastanowić się co za tym stoi. Gdy znasz ostateczny cel jak np. „dobra praca”, to masz z tego co najmniej dwie korzyści.

Pierwszą jest nagroda, którą widzisz i która napędza Cię do działania.

Drugą korzyścią jest możliwość wyboru. Jeżeli celem jest „dobra praca”, to może istnieją inne drogi, aby ją zdobyć? Może zamiast uczyć się biologii zacząć majsterkować, sprzedawać lemoniadę lub rozwijać swoje pasje? Odpowiedzi będą różne. Możesz stworzyć kilka alternatywnych dróg i wybrać tę, która będzie Ci najbardziej odpowiadała.

Osoby nastawione na sztywne procedury często będą mówiły, że „muszę”, „trzeba”, „powinno się”. Poznanie stojących za fasadą powinności celów pozwala kreatywnie podejść do poszukiwania rozwiązań. A w konsekwencji daje szansę na – nieraz cholernie zaskakujące – odkrycia z rodzaju „Jak ja mogłem przez tyle lat to robić, przecież da się to zrobić o wiele prościej i przyjemniej”. Ok, a co z tytułem? Czy naprawdę nic nie musisz?

Nic nie musisz

Zastanówmy się nad wyrazem muszę. Z początku może wydawać się to zwykłą, akademicką żonglerką słowną. Nie chodzi tutaj jednak o filozoficzne rozprawy nt. natury czasowników modalnych. Prawdą jest, że są pewne rzeczy, które muszą się przydarzyć. Po nocy musi wstać dzień*, gdy upuszczę piłkę, to musi spaść na ziemię, muszę jeść, aby przeżyć itd.

*Prawdopodobnie David Hume mógłby się tutaj kłócić. W końcu twierdził, że skoro dziś po nocy nastał poranek, nie jest to dowodem na to, że będzie tak i jutro. Natomiast, jak napisałem, jest to dyskusja praktyczna, nie filozoficzna.

Czym innym jest jednak faktyczny przymus wynikający z praw otaczającego nas świata, a czym innym nasze subiektywne poczucie, że musimy. Ponieważ poczucie przymusu łączy się z realizacją jakiegoś określonego celu, prowadzi nas to do prostej konkluzji: musisz coś robić tylko wtedy, gdy chcesz realizować jakieś cele czy potrzeby. Jeżeli byś je odpuścił, to tak naprawdę nic nie musisz.

Owszem – musisz oddychać, jeść, spać czy pić. Pod warunkiem, że chcesz przeżyć. Jeżeli jednak ogłosiłbyś strajk głodowy, to aby go zrealizować nie mógłbyś iść za myślą „Muszę jeść”. Wręcz przeciwnie – Twoim imperatywem byłoby „Muszę nie jeść”. Tak samo nikt nie musi dbać o rodzinę, pracę, przyjaciół, karierę czy zdrowie. Chyba że mu na tym zależy, bo uważa to za ważne aspekty swojego życia.

Za każdym „muszę” czai się jakiś cel lub potrzeba, którą chcemy zaspokoić. W wielu wypadkach nieuświadomiona. I, gdy o tym zapominamy, poczucie powinności staje się obciążające.

W końcu inaczej brzmi „Muszę rano wstać do pracy”, a inaczej „Muszę wstać rano do pracy… bo chcę zarabiać pieniądze.”

Muszę wynieść śmieci… żeby mieć w domu porządek.

Muszę spotkać się z dziewczyną… żeby nie była sama w takim momencie.

Muszę dbać o rodzinę… żeby mieć fajny dom.

 

Osoby motywujące się przez poczucie przymusu często są przekonane, że gdy się go wyzbędą, nie będą nic robić.

Osoby motywujące się przez poczucie przymusu często są przekonane, że gdy się go wyzbędą, nie będą robić absolutnie nic.

Problem z motywacją

Często też wydaje nam się, że coś musimy, gdy mamy dylemat, którego nie chcemy do końca rozważać. Problem z motywacją przeważnie oznacza problem w wyborach pomię- dzy czymś przyjemnym w tej chwili vs. przyjemnym w dłuższej perspektywie. Ciastko teraz czy tytuł królowej bikini w wakacje? Jest to sytuacja bliźniaczo podobna do słynnego marhsmallow experiment, który w naszych czasach mógłby spokojnie przybrać formę smartphone-facebook experiment.

Drugim obszarem problemowym jest konflikt między czymś nieprzyjemnym w tej chwili vs. nieprzyjemnym w dłuższej perspektywie. Byłby to przykład z rodzaju wyjść w zimny dzień pobiegać czy nie dbać o zdrowie i mieć problem z nadwagą. Dajmy kolejny przykład. Przeciętny człowiek, którego obudzi w środku nocy płacz dziecka, najprawdopodobniej nie pomyśli „Chcę zobaczyć co się z nim dzieje”.

Pierwsza rzecz, która przyjdzie mu do głowy to „muszę”. Wynika to z tego, że dbanie o rodzinę, a zwłaszcza dzieci, jest dla większości z nas na tyle ważne, że nie przeszłoby nam przez myśl, żeby je pozostawić samo sobie. Na poziomie faktycznym oczywiście wcale nie musi się nim zajmować. Jednak przewidywane konsekwencje są dramatyczne, więc nawet takiej opcji nie rozważa.

Jest to dylemat z rodzaju coś nieprzyjemnego w tej chwili (wstanie z łóżka) vs. coś nieprzyjemnego w dłuższej perspektywie (uraz/ choroba dziecka). Choć więc nikt nie jest do tego zmuszony, może mieć takie poczucie. Prawda jest jednak taka, że dokonuje (zwykle automatycznego) wyboru w oparciu o wartości np. rodzinne, w które wierzy. I robi to po to, aby je kultywować. Co to daje?

Tak jak pisałem wcześniej, nie lubimy czuć się niewolnikami okoliczności.Uświadomienie sobie, że nie musisz, tylko samemu wybierasz to, co jest dla Ciebie dobre często bywa odkrywcze i uwalniające Nasza przykładowa matka myśląca o tym, że znowu musi wstać, aby zająć się dzieckiem może choć trochę osłodzić sobie trudy. Wystarczy, że przypomni sobie, że robi to, aby dbać o tych, których kocha.

Kiedy muszę  ma sens

Po tych paru tysiącach znaków mogłoby się wydawać, że muszenie jest czymś, czego należałoby za wszelką cenę unikać. Istnieje pewien nurt lingwistycznych purystów, którzy coś takiego właśnie postulują. Jednak nie zgadzam się z tą opinią. Muszę ma bardzo sensowne zastosowanie we wszelkich wymówkach. Gdy chcemy komuś odmówić i go zbytnio nie urazić, muszę staje się kluczem do kulturalnego odwrotu.

Kobieta nudząca się na tragicznej randce może powiedzieć, że „Zostawiła kuchenkę na gazie i musi iść”. W ten sposób unika potrzeby tłumaczenia, która pojawiłaby się, gdyby powiedziała brutalnie (choć zgodnie z prawdą), że chce już iść. Poza tym muszenie jest względnie nieszkodliwe w sprawach, których nie chcemy kwestionować.

Nie ma co wdawać się w podważanie tego, że musimy jeść, spać czy zobaczyć się z ukochaną. Poza moimi paroma zapracowanymi znajomymi, potrzeba jedzenia czy spania mało komu przeszkadza.

Bywa nieraz też tak, że muszenie stanowi zwykły językowy nawyk, który już dawno oderwał się od pierwotnego znaczenia. Tak jak „kurwa” w ustach dresiarza staje się przecinkiem, a nie obelgą. Z tego względu daleki jestem od lingwistycznego puryzmu, w którym każde użycie tego słowa traktuje się jak grzech. Jeżeli nie wiążą się z nim negatywne uczucia, moim zdaniem nie ma potrzeby, aby cokolwiek z nim robić.

Podsumowanie

Wyraz muszę wprowadza sporo zamieszania. Naturalna skłonność do walki o autonomię sprawia, że poczucie przymusu staje się nieprzyjemne. Aby temu zapobiec proponuje się róż- ne lingwistyczne tricki. Część z nich ma sens, jednak prawdziwą siłę można odkryć, gdy zrozumie się stojący za nimi mechanizm.

Poza tym każde poczucie przymusu wiążę się z jakąś potrzebą lub celem, które chcemy realizować. Poznanie ich pozwala uwolnić się od jedynej słusznej, obarczonej powinnością drogi do realizacji naszych celów. Dzięki temu możliwe stają się bardziej kreatywne i adekwatne sposoby osiągania tego, co chcemy

Często nasze poczucie powinności traktujemy tak, jakby był to faktyczny przymus. Odruchowo stawiamy jego nieuchronność na równi z prawem grawitacji, i przestajemy zauważać, że tak naprawdę zawsze mamy wybór. I nic nie musimy. Warto sobie o tym przypomnieć, jeżeli zostaniemy zbombardowani powinnościowymi myślami.

Przez lingwistycznych fetyszystów muszenie bywa traktowane jako zło samo w sobie. Ma jednak ono swoje zastosowania, z których nie warto rezygnować. Jeżeli już należysz do lingwistycznych fetyszystów, to , to możesz skorzystać z formuły: Chcę…, więc… Przykładowo: „Chcę mieć pieniądze, więc szukam pracy”. Taka forma po pierwsze skupia się na celu, po drugie zostawia miejsce na inne drogi, bez zbędnego dogmatyzmu.

Jaki z tego wniosek? Uważam, że peany na cześć zamiany słów są przesadzone, jednak jeżeli spojrzeć na to głębiej, mają one bardzo praktyczne zastosowanie. Polecam sprawdzić samemu i podzielić się wrażeniami.

Recent Posts

Leave a Comment