O perfekcjonizmie nie moimi słowami

Najbliższy tekst poświęcony będzie zero-jedynkowym myśleniu, które często związane jest z perfekcjonizmem.
Zanim go opublikuję jeszcze minie trochę czasu, na razie w ramach zachęty wspaniały cytat opisujący trudy ludzkiej ambicji, potrzeby przekraczania granic i pogoni za doskonałością.

juggler-by-leonard-everett-fisher

„Żonglowałem pomarańczami, talerzami, butelkami, nawet szczotkami – wszystkim, co mi wpadło w ręce; potrzeba doznań artystycznych, chęć zdobycia najwyższych szczebli doskonałości, tęsknota do wspaniałych i niepowtarzalnych osiągnięć, słowem, moje pragnienie wspięcia się na szczyty znajdowało tu ujście skromne, ale żarliwe. Czułem, że zbliżam się w ten sposób do granic cudownego świata, do którego garnąłem się z całej duszy; do świata, w którym zdobywa się i urzeczywistnia to, co niemożliwe. Była to moja pierwsza próba artystycznej wypowiedzi, pierwsze przeczucie uchwytnej doskonałości i ogarnęło mnie ono aż do zapamiętania. Żonglowałem w szkole, na ulicy, na schodach, wchodziłem żonglując do pokoju i żonglując stawałem przed matką; sześć pomarańczy wirowało w powietrzu, wciąż wyrzucane i wciąż chwytane od nowa.
Niestety i w tej dziedzinie, gdzie rysowała się już przede mną najwspanialsza przyszłość, która dzięki moim talentom miała mi pozwolić na otoczenie matki najwyszukańszym zbytkiem, z wolna uświadamiać sobie zacząłem brutalną rzeczywistość: nie mogłem przekroczyć granicy sześciu kul. A przecież się starałem, Bóg widzi, jak usilnie się starałem. Zdarzało się w owym czasie, że żonglowałem po siedem, osiem godzin dziennie.

Czułem niejasno, że gra toczy się o stawkę poważną, a nawet decydującą, że idzie tu o całe moje życie, o wszystkie marzenia, o moje najgłębsze jestestwo, że sprawa dotyczy granic uchwytnej i nieuchwytnej doskonałości. Ale mimo wszelkich starań siódma kula pozostawała nieosiągalna. Szczyt mistrzostwa był już bliski, już widoczny, już wyczuwalny, a przecież wciąż nie udawało mi się go dosięgnąć.
Doskonałość wciąż mi się wymykała. Zdobywałem się na najwyższy wysiłek woli, mobilizowałem całą zręczność, szybkość ruchów, kule wyrzucane w powietrze przebiegały z precyzją wyznaczone szlaki, ledwie jednak wyrzucałem siódmą kulę, cały gmach się rozpadał; stałem zgnębiony, niezdolny do poddania się, do porzucenia dalszych prób. Zaczynałem od nowa. Ale ostatnia kula pozostawała na zawsze nieuchwytna. Nigdy nie udało mi się jej dosięgnąć. Próbowałem przez całe życie.
I dopiero kiedy wkraczałem w czterdziesty rok życia, po dłuższym obracaniu się wśród arcydzieł, powoli poznawać zacząłem prawdę i zrozumiałem, że siódma kula nie istnieje.
Smutna to prawda i nie trzeba odsłaniać jej dzieciom. Dlatego właśnie książka ta nie powinna trafić do niewłaściwych rąk. Dzisiaj mnie już nie dziwi, że Paganini niekiedy porzucał swe skrzypce i latami do nich nie wracał, pozostawiając je w spokoju i głuchej ciszy. Paganini wiedział.

Najwyższy już czas, by odsłonić także całą prawdę w sprawie Fausta. Wszyscy kłamali na ten temat co niemiara – a Goethe więcej niż inni i z większą genialnością – po to tylko, by zataić istotę rzeczy i ukryć smutną prawdę. Nie powinienem chyba tego mówić, gdyż jeśli istnieje coś, czego nie lubię robić, to jest to odbieranie ludziom nadziei. Jednakże prawdziwa tragedia Fausta nie polegała na tym, że sprzedał duszę diabłu. Prawdziwa tragedia to to, że nie istnieje diabeł, który by chciał kupić nasze dusze. Nie ma nabywcy. Nikt nam nie przyjdzie pomóc w schwytaniu ostatniej kuli mimo ceny, jaką gotowi jesteśmy zapłacić.
Istnieje oczywiście mnóstwo szalbierzy przybierających diabelskie pozy i składających propozycję kupna i nie mogę nawet powiedzieć, by nie można było z pewną korzyścią ubić z nimi interesu. Można. Ofiarowują powodzenie, pieniądze, pochlebstwa tłumów.
Trud to jednak daremny i jeśli się ktoś nazywa Michał Anioł, Goya, Mozart, Tołstoj czy Dostojewski, trzeba umierać z uczuciem, że się przez całe życie wypiekało bułki.

Co powiedziawszy, ćwiczę, rzecz prosta, w dalszym ciągu. Zdarza się jeszcze że wychodzę z mego domu na wzgórzu nad zatoką San Francisco i tu, w pełnym świetle, żongluję publicznie trzema pomarańczami – to wszystko, na co mnie jeszcze stać. Nie jest to wyzwanie. To tylko świadectwo poczucia własnej godności. Widziałem, jak wielki Rastelli stojąc jedną nogą na szyjce butelki, druga nogą wysuniętą do tyłu obracał dwa kółka, a jednocześnie trzymał laskę na nosie, piłkę na lasce, szklankę wody na piłce – i przy tym żonglował siedmioma kulami.
Wydawało mi się, że mam przed sobą obraz ostatecznego, całkowitego i niezaprzeczalnego mistrzostwa, że dane mi jest przeżyć chwilę najwznioślejszego zwycięstwa człowieka nad własną małością; ale Rastelli zmarł w parę miesięcy później w głębokim upadku ducha, porzuciwszy na zawsze arenę, bo nigdy nie udało mu się schwytać ósmej kuli – tej jedynej na której mu zależało.”

Romain Gary “Obietnica Poranka”

Recent Posts

Leave a Comment